możesz wesprzeć naszą pracę poprzez wpłatę dowolnej kwoty
vulvodynia.pl
strona główna/mapa strony/słowa kluczowe
Lipiec, 2008

bóle pochwy z perspektywy fizjoterapeuty i seksuologa

Z Talli Rosen­baum, izra­el­ską fizjo­te­ra­peutką i doradcą sek­su­olo­gicz­nym, roz­ma­wiają o lecze­niu vulvo­dy­nii, kul­tu­rze, związ­kachmęż­czy­znach Agnieszka Sera­fin i Miko­łaj Czyż. Pani Rosen­baum mówi rów­nież o tym, co prak­tycz­nie mogą zro­bić kobiety cier­piące na vulvo­dy­nię.

 

Agnieszka Sera­fin: Wyniki wielu badań wska­zują, że jest coraz wię­cej kobiet, które otrzy­mały dia­gnozę vulvo­dy­nii. Jest Pani fizjo­te­ra­peutką uro-​​ginekologiczną i seksuologiem-​​terapeutą. Czy mogłaby Pani nam powie­dzieć, jakie jest Pani spoj­rze­nie na vulvodynię?

Talli Rosen­baum: Z przy­jem­no­ścią. Wciąż prze­pro­wa­dza­nych jest wiele badań, które mają na celu wyja­śnie­nie czym jest vulvo­dy­nia i dla­czego kobiety na nią cho­rują. Naj­now­sze sta­ty­styki poka­zują, że do 20% kobiet cierpi na jakiś rodzaj vulvo­dy­nii. Wiemy o tym, że ist­nieją różne rodzaje vulvo­dy­nii. Jest zlo­ka­li­zo­wana, spro­wo­ko­wana vulvo­dy­nia, która jest odpo­wie­dzialna za ból vulvy wystę­pu­jący pod­czas dotyku. Więc kobieta może zwy­kle nie mieć żadnych pro­ble­mów, ale jeśli chce zało­żyć tam­pon albo jeśli chce pod­dać się bada­niu gine­ko­lo­gicz­nemu, a zwłasz­cza jeśli chce odbyć sto­su­nek płciowy, to czyn­no­ści te mogą oka­zać się skraj­nie trudne albo wręcz nie­moż­liwe.
Są też inne rodzaje vulvo­dy­nii. Ist­nieją dole­gli­wo­ści nie­spro­wo­ko­wane, spon­ta­niczne, okre­ślane mia­nem vulvo­dy­nii wła­ści­wej. Ten rodzaj bólu vulvy (sromu) może wystę­po­wać cały czas albo może poja­wiać się i zni­kać bez widocz­nej przy­czyny. Ból w vulvie może być roz­prze­strze­niony, czyli nie­zlo­ka­li­zo­wany; może wystę­po­wać w war­gach zewnętrz­nych, w oko­licy łech­taczki, może to być rodzaj uogól­nio­nego bólu w obsza­rze odbytu – takie dole­gli­wo­ści potra­fią unie­moż­li­wić kobie­tom dłu­go­trwałe sie­dze­nie.
Zapy­ta­li­ście mnie o moją per­spek­tywę uro-​​ginekologicznego fizjo­te­ra­peuty. Jest wiele rze­czy, które chcia­ła­bym powie­dzieć na ten temat. Wiemy na przy­kład że vulvo­dy­nia jest powo­do­wana wie­loma przy­czy­nami. Nie ist­nieje jedna kon­kretna rzecz, która ją wywo­łuje. Cho­roba ta jest zło­żona – i róż­nymi jej aspek­tami powinni zaj­mo­wać się odpo­wiedni spe­cja­li­ści. Wiemy na przy­kład, że w bole­snych obsza­rach mogą zacho­dzić pro­cesy zapalne. Wiemy też, że mogą wystę­po­wać pro­blemy z zakoń­cze­niami ner­wów. Oczy­wi­stym jest rów­nież to, że w cho­ro­bie tej ważne są aspekty psy­cho­spo­łeczne, które z całą pew­no­ścią wyma­gają inter­wen­cji spe­cja­li­sty z zakresu zdro­wia psy­chicz­nego. W lecze­niu vulvo­dy­nii rolę odgrywa także fizjo­te­ra­pia, ponie­waż wielu fizjo­te­ra­peu­tów spe­cja­li­zuje się w lecze­niu bole­snych dole­gli­wo­ści i radze­niu sobie z bólem. Taka pomoc umoż­li­wia na przy­kład znor­ma­li­zo­wa­nie odczu­wa­nia bólu pod wpły­wem dotyku.
Wiele kobiet z vulvo­dy­nią ma bar­dzo, bar­dzo napięte – czy jak my to nazy­wamy hiper­to­niczne – mię­śnie dna mied­nicy. Nie wiemy czy to zja­wi­sko jest przy­czyną czy skut­kiem vulvo­dy­nii. Te mię­śnie są tak napięte, że mogą dodat­kowo zwięk­szyć ból w przed­sionku pochwy i utrud­niać podej­mo­wane próby współ­ży­cia i pene­tra­cji. Więc jedną z rze­czy, które robi fizjo­te­ra­peuta uro-​​ginekologiczny pod­czas lecze­nia, to naucze­nie kobiet jak roz­luź­niać te mię­śnie. Trzeba zacząć od tego, żeby uświa­do­mić sobie, że one ist­nieją; gdzie się znaj­dują; w jaki spo­sób można je roz­luź­niać i im ulżyć do tego stop­nia, żeby ina­czej reago­wały na dotyk. Kiedy jesteś bar­dzo spięta i ktoś cię dotyka, to może boleć, powiedzmy, na osiem punk­tów w dzie­się­cio­stop­nio­wej skali. Ale jeśli roz­luź­nisz te mię­śnie i pozwo­lisz znów się dotknąć czę­sto odkry­jesz, że ból zmniej­szył się do sze­ściu punk­tów. To jest tylko przy­kład, jak taka praca może wyglą­dać. Kolejną rze­czą, którą tera­peuta gine­ko­lo­giczny może zro­bić jest fizyczna tera­pia manu­alną. Wiele z tego co wiemy o bólu w mied­nicy i o vulvo­dy­nii wska­zuje na zwią­zek mię­dzy tymi syn­dro­mami a innymi rodza­jami bólu. Te kobiety nie tylko wyka­zują niż­szą tole­ran­cję na ból, ale wiele spo­śród nich ma także pro­blemy mięśniowo-​​szkieletowe, które mogą pogar­szać objawy vulvo­dy­nii. Mogą one na przy­kład cier­pieć na jakieś dys­funk­cje w dol­nym obsza­rze ple­ców czy bio­der, mogą mieć sko­liozę, fibro­mial­gię i wszyst­kie te dole­gli­wo­ści mogą być w jakiś spo­sób powią­zane w tych przy­pad­kach z vulvo­dy­nią. A fizjo­te­ra­peuci są spe­cja­li­stami, któ­rych cha­rak­te­ry­zuje bar­dzo holi­styczne podej­ście do ciała. Mogą na przy­kład powie­dzieć „masz jedną nogę krót­szą od dru­giej” i spró­bo­wać sfor­mu­ło­wać hipo­tezę i roz­po­cząć lecze­nie, pod­czas któ­rego być może symp­tomy ustą­pią.
Jako sek­su­olog patrzę także na psy­cho­spo­łeczne aspekty cho­roby i pra­cuję z zagad­nie­niami zwią­za­nymi z lękiem: lękiem wokół seksu i lękiem zwią­za­nym z bólem. Odno­szę się także do tego, co dzieje się w związku kobiety z part­ne­rem – to także dostar­cza bar­dziej holi­stycz­nego oglądu.

Agnieszka Sera­fin: Czy zwy­kle łączy Pani sesje fizjo­te­ra­pii z pracą sek­su­olo­giczną czy też są to dwie nie­za­leżne praktyki?

Talli Rosen­baum: Nie, nie są nie­za­leżne, jak naj­bar­dziej je łączę. W moim doświad­cze­niu to bar­dzo pomocne. Myślę, że nawet fizjo­te­ra­peuci, któ­rzy nie są też sek­su­olo­gami czy psy­cho­te­ra­peu­tami sto­sują ele­menty takiego podej­ścia. Bar­dzo trudno jest go nie sto­so­wać, ponie­waż ta praca to jest co innego niż np. lecze­nie kolana. Jeśli ma się do czy­nie­nie z tak intymną sferą, to potrzeba wiele wraż­li­wo­ści i stwo­rze­nia takiej prze­strzeni, w któ­rej kobieta czuje się bez­piecz­nie i wygod­nie. Tak aby mogła się otwo­rzyć i mówić o intym­nych pro­ble­mach.
Kiedy zaczę­łam leczyć vulvo­dy­nię stało się dla mnie jasne, że potrze­buję wię­cej tre­ningu wła­śnie w obsza­rze podej­ścia tera­peu­tycz­nego. Jest ono nie­zbędne, żeby stwo­rzyć bez­pieczne warunki i atmos­ferę zro­zu­mie­nia doty­czą­cego tego, że vulvo­dy­nia – będąc pro­ble­mem fizycz­nym – ma dra­ma­tyczny wpływ na zwią­zek kobiety, a także inne aspekty psychospołeczne.

Agnieszka Sera­fin: Bar­dzo dzię­kuję za tę odpo­wiedź. Teraz mamy bar­dzo kon­kretne pyta­nie. Jaka jest czę­sto­tli­wość wizyt przy tej dolegliwości?

Talli Rosen­baum: Może być bar­dzo róż­nie, w więk­szo­ści przy­pad­ków kobiety przy­cho­dzą raz na tydzień lub raz na dwa tygo­dnie. Pra­co­wa­łam też z kobie­tami, które miesz­kają w innych kra­jach i one oczy­wi­ście nie mogą przy­jeż­dżać co tydzień, więc spo­ty­ka­ły­śmy się raz w mie­siącu. Uwa­żam, że można pra­co­wać rza­dziej jeśli zacho­dzi taka koniecz­ność, ale ogól­nie przy­jęty spo­sób postę­po­wa­nia to wizyty cotygodniowe.

Agnieszka Sera­fin: I jak wiele takich kobiet Pani leczy?

Talli Rosen­baum: Obec­nie? Pra­cuję z mak­sy­mal­nie ośmioma kobie­tami dzien­nie. Sta­ram się nie prze­sa­dzać, bo to jest bar­dzo inten­sywna tera­pia. Więk­szość moich pacjen­tek to kobiety cier­piące na vulvo­dy­nię, a także kobiety z pochwicą.

Agnieszka Sera­fin: Czy te dwa pro­blemy czę­sto współ­wy­stę­pują, czy też uważa Pani, że sta­no­wią dwie cał­ko­wi­cie oddzielne jednostki?

Talli Rosen­baum: Nie uwa­żam, żeby tak naprawdę były dwoma osob­nymi pro­ble­mami. Bar­dzo, bar­dzo rzadko pochwica wystę­puje przy cał­ko­wi­tym braku czyn­nika bólo­wego. Z punktu widze­nia kli­nicz­nego nie uwa­żam, żeby to roz­róż­nie­nie było aż tak istotne. Cho­dzi mi o to, że lecze­nie jest w dużej mie­rze takie samo. Ewi­dent­nie są takie sytu­acje, w któ­rych lęk pacjentki odgrywa ogromną rolę – może on być tak inten­sywny, że kobieta nie jest w sta­nie pod­dać się bada­niu gine­ko­lo­gicz­nemu. Wtedy uzy­ska dia­gnozę pochwicy, gdyby jed­nak jej lęk był mniej­szy i pozwo­li­łaby gine­ko­lo­gowi dotknąć obszaru przed­sionka pochwy wtedy ten sam gine­ko­log mógłby jej posta­wić dia­gnozę zlo­ka­li­zo­wa­nej vulvo­dy­nii, którą do nie­dawna nazy­wa­li­śmy vesti­bu­li­tis lub vesti­bu­lo­dy­nią. Uwa­żam więc, że te dole­gli­wo­ści sta­no­wią pewne kon­ti­nuum. To nie jest takie czarno-​​białe, która pacjentka cierpi na pochwicę, a która na zlo­ka­li­zo­waną vulvo­dy­nię. Dole­gli­wo­ści te czę­sto współwystępują.

Agnieszka Sera­fin: W arty­ku­łach pisze Pani, że przy lecze­niu vulvo­dy­nii klu­czowe jest podej­ście zespo­łowe. Co ma Pani na myśli?

Talli Rosen­baum: Wiele się mówi o mul­ti­dy­scy­pli­nar­nym lecze­niu. Pacjentka zwy­kle raz na jakiś czas udaje się do gine­ko­loga, do uro­loga, może też pra­co­wać z psy­cho­lo­giem, sek­su­olo­giem i psy­cho­te­ra­peutą. I nie cho­dzi tylko o to, że każdy z tych spe­cja­li­stów leczy ją oddziel­nie. Mogą jej także nawet udzie­lać sprzecz­nych infor­ma­cji. To się czę­sto zda­rza. Więc kiedy mówię o podej­ściu zespo­ło­wym mam na myśli to, że człon­ko­wie mul­ti­dy­scy­pli­nar­nego zespołu utrzy­mują ze sobą kon­takt i wspól­nie opra­co­wują plan lecze­nia danej pacjentki. Gdy współ­pra­cuję z gine­ko­lo­giem, psy­cho­lo­giem czy inną osobą z zespołu, to bar­dzo ważne jest żeby­śmy mieli wspólny ogląd sytu­acji. Tak jest naj­le­piej dla pacjentki, tak też jest naj­le­piej dla lecze­nia. Lecze­nie musi być oparte na koope­ra­cji, nie może być podzie­lone na nie­za­leżne czę­ści. Co wię­cej, uwa­żam, że taki rodzaj nie­sko­or­dy­no­wa­nego lecze­nia może być nawet szkodliwy.

Agnieszka Sera­fin: Czy mogłaby nam Pani tro­chę wię­cej opo­wie­dzieć o prak­tycz­nych aspek­tach Pani pracy? Ile na przy­kład sesji jest zwy­kle koniecznych?

Talli Rosen­baum: Tak trudno na to odpo­wie­dzieć, bo bywa bar­dzo róż­nie. Jeśli muszę podać jakąś śred­nią liczbę, to powie­dzia­ła­bym, że może mię­dzy osiem a dzie­sięć sesji, choć to może tro­chę mało. Są takie pacjentki, które potrze­bują od sze­ściu mie­sięcy do roku lecze­nia. Są też takie, któ­rym wystar­czają trzy mie­siące. Mam pacjentki, z któ­rymi pra­cuję ponad rok – są to cięż­kie, chro­niczne przy­padki vulvo­dy­nii, w któ­rych duża część tera­pii polega na nauce radze­nia sobie z bólem i nie­do­pusz­cze­nia do pogor­sze­nia obja­wów. Zwy­kle jeśli cho­dzi o aspekt reha­bi­li­ta­cyjny to wygląda to tak: kobieta przy­cho­dzi do mnie, nie może współ­żyć, wszystko ją boli i pra­cu­jemy na przy­kład przy pomocy dila­to­rów (gładki sto­żek słu­żący do ćwicze­nia roz­luź­nia­nia mię­śni pochwy) i po pew­nym cza­sie są w sta­nie odby­wać satys­fak­cjo­nu­jące sto­sunki sek­su­alne. Takie lecze­nie śred­nio trwa od trzech do sze­ściu miesięcy.

Agnieszka Sera­fin: Jakie są zwy­kle rezul­taty? Czy wiele kobiet cał­ko­wi­cie pozbywa się bólu?

Talli Rosen­baum: Tak, jest wiele kobiet, które cał­ko­wi­cie uwal­niają się od bólu. Nie robi­łam badań na ten temat w mojej wła­snej prak­tyce, więc dys­po­nuję tylko nie­po­twier­dzo­nymi danymi. Pra­cuję z kobie­tami nale­żą­cymi do róż­nych popu­la­cji. Jedną z nich jest bar­dzo tra­dy­cyjna popu­la­cja orto­dok­syj­nych Żydów. Kobiety z tej grupy nie upra­wiają seksu przed­mał­żeń­skiego. Więc gdy wycho­dzą za mąż, roz­po­czy­nają życie intymne, albo raczej pró­bują je roz­po­cząć. I przy­cho­dzą do mnie w ciągu mie­siąca lub dwóch. Wcze­śniej nawet nie wie­działy, że mają pro­blem, ale zaczy­nają współ­ży­cie i się o nim dowia­dują. Te kobiety zwy­kle zdro­wieją w ciągu kilku mie­sięcy, dzięki temu, że przy­szły od razu po poja­wie­niu się pro­ble­mów.
I w sumie podob­nie jest pośród kobiet nale­żą­cych do innych, mniej tra­dy­cyj­nych grup, w któ­rych kobiety zaczy­nają upra­wiać seks w wieku 15, 17 czy 18 lat i oka­zuje się, że nie są w sta­nie. Wydaje mi się ogól­nie, że kobiety, które przy­cho­dzą wcze­śnie, zanim sprawy posuną się bar­dzo daleko, zdro­wieją. W tych przy­pad­kach spo­dzie­wam się 100% wyle­cze­nia i bar­dzo, bar­dzo czę­sto tak się wła­śnie dzieje. W nie­wielu przy­pad­kach wymaga to tro­chę wię­cej czasu choć zda­rzają się rów­nież takie sytu­acje, kiedy fizjo­te­ra­pia jest nie­sku­teczna. Wtedy pacjentka może sko­rzy­stać z lecze­nia chi­rur­gicz­nego, jeśli takie są zale­ce­nia lekar­skie. Ale nie wydaje mi się to czę­ste, choć jest to tylko moje wra­że­nie – jak już mówi­łam – nie prze­pro­wa­dza­łam badań na ten temat. Zaj­muje się tymi zagad­nie­niami długo, mam aktywną prak­tykę i wie­rzę, że rezul­taty są dla kobiet bar­dzo pozy­tywne. Regu­lar­nie otrzy­muję tele­fony od pacjen­tek, które wła­śnie uro­dziły dziecko, są w ciąży albo wyszły za mąż. Cie­szę się z tych wia­do­mo­ści, z tego, że pro­blem został roz­wią­zany. Jestem prze­ko­nana, że nasza praca przy­nosi dobre rezultaty.

Miko­łaj Czyż: Szcze­gól­nie inte­re­sują mnie kwe­stie kul­tu­ro­wego tabu wokół symp­to­mów cie­le­snych oraz sek­su­al­no­ści i jestem bar­dzo cie­kaw jak postrzega Pani tę kwe­stie w Izra­elu. Jak roz­wią­zuje Pani w swo­jej prak­tyce pro­blemy spo­łecz­nego zaprze­cza­nia ist­nie­nia sek­su­al­no­ści i cielesności?

Talli Rosen­baum: Myślę, że to fascy­nu­jące pyta­nie. W Izra­elu mamy różne kul­tury. Mamy popu­la­cję Ara­bów, mamy bar­dzo tra­dy­cyjną popu­la­cję orto­dok­syj­nych Żydów, mamy dużą imi­gra­cję Rosyj­skich Żydów. Wydaje mi się, że rodzaj wschod­nio europejsko-​​rosyjskiego podej­ścia do ciała może być podobny do tego, co może­cie obser­wo­wać w Pol­sce.
Uwa­żam, że świa­do­mość kwe­stii kul­tu­ro­wych i pełne akcep­ta­cji podej­ście są nie­zmier­nie ważne w tej prak­tyce. Jest to rów­nież bar­dzo istotne w kon­tek­ście tego, jakie kobiety otrzy­mują komu­ni­katy. Czy są uczone, że seks to coś, co boli? I, że jeśli tro­chę boli, to jest to w porządku i tak musi być, a kobiety muszą zno­sić ten ból? Wiele komu­ni­ka­tów kul­tu­ro­wych będzie miało wpływ na to, czy kobieta uzna swoje dole­gli­wo­ści za pro­blem, który jest ważny i rze­czy­wi­sty i przyj­dzie na tera­pię.
Samo lecze­nie bar­dzo czę­sto doty­czy dokład­nie tych kwe­stii, które pod­nie­śli­ście w tym pyta­niu: prze­ła­my­wa­nia tabu zwią­za­nego z cia­łem. Kiedy kobieta przy­cho­dzi do mnie to pierw­sza rzecz jaką robię jest wycią­gnię­cie lustra i poka­za­nie jej jej wła­snych geni­ta­liów. Nie odno­szę się tu wcale tylko do pry­mi­tyw­nej albo nisko wyedu­ko­wa­nej czę­ści popu­la­cji. Mówię o kobie­tach z dok­to­ra­tami, które nie mają poję­cia co w ich ciele dzieje się „tam na dole”. Kwe­stia odcię­cia od sfery geni­tal­nej jest naprawdę uni­wer­sal­nym pro­ble­mem. Może mieć zwią­zek z prze­sła­niami kul­tu­ro­wymi, ale może też być bar­dzo oso­bi­stym zagad­nie­niem. Jed­nak w obu przy­pad­kach prze­kra­cza­nie tabu zwią­za­nego z cia­łem sta­nowi klu­czowy ele­ment lecze­nia. Bar­dzo się cie­szę, że poru­szy­li­ście ten temat.

Agnieszka Sera­fin: Chcie­li­by­śmy też zapy­tać, czy pra­cuje Pani z parami i jeśli tak, to jak często?

Talli Rosen­baum: Dużo pra­cuję z parami. Powie­dzia­ła­bym, że kie­dyś nie pra­co­wa­łam tyle z parami, co teraz. Odkry­łam, że jest to bar­dzo ważna część tego pro­cesu, pro­cesu zdro­wie­nia. Przede wszyst­kim cho­roba kobiety ma także bar­dzo duży wpływ na jej part­nera, męża, chło­paka, itp. I jeśli to jest tak, że jedy­nie kobieta cho­dzi na tera­pię, to powstaje sytu­acja, w któ­rej kobieta „ma pro­blem” i to ona musi iść „się napra­wić”. A kiedy już zosta­nie „napra­wiona” ma pójść do part­nera i powie­dzieć coś w stylu „ok., to ja już jestem gotowa”. A to stwa­rza nie­rów­no­wagę w rela­cji, ponie­waż ona ciężko pra­cuje i to nie jest jedy­nie praca na pozio­mie fizycz­nym. Żeby dotrzeć do tego miej­sca, kobieta musi bar­dzo się roz­wi­nąć pod wzglę­dem sek­su­al­nym, w poczu­ciu wła­snej war­to­ści, w odczu­wa­niu wła­snej fizycz­no­ści i zmy­sło­wo­ści… przej­ście tej drogi samot­nie nie uwzględ­nia dyna­miki wystę­pu­ją­cej w związku.
Bar­dzo czę­sto part­ne­rzy cho­rych kobiet czują się bez­silni, czują się tak, jakby krzyw­dzili swoje part­nerki. Czują się źle, czują się bez­radni. Dzięki temu, że też przy­cho­dzą i uczest­ni­czą w sesjach mogą mieć swój wkład, mogą dać wspar­cie, mogą też wyra­zić swoją fru­stra­cję. Cza­sami kobiety przy­cho­dzą ze swo­imi part­ne­rami do mnie, bo chcą przed nimi potwier­dzić, że ich pro­blem jest rze­czy­wi­sty. Chcą żebym ja, jako tera­peutka, powie­działa „spójrz na pochwę, tu i tu, zobacz jakie te miej­sca są wraż­liwe, zaczer­wie­nione, zobacz, że na razie można wło­żyć jedy­nie bar­dzo małe rze­czy”. Kobiety chcą, żebym ja to powie­działa, bo same nie potra­fią. Myślę, że cho­dzi też o to, że mają poczu­cie, że nie są w sta­nie prze­ko­nać swo­ich part­ne­rów. Ich part­ne­rzy tak naprawdę czę­sto myślą „ona nie chce ze mną upra­wiać seksu, pró­buje mnie uni­kać”. Z tych wszyst­kich przy­czyn naprawdę zachę­cam part­ne­rów, by też przy­szli. Są takie sytu­acje, kiedy oni nie chcą wziąć udziału w sesjach, i to jest w porządku. Ale ogól­nie powie­dzia­ła­bym, że pro­wa­dzę obec­nie dużo wię­cej niż kie­dyś tera­pii, w któ­rych uczest­ni­czą też part­ne­rzy kobiet. Myślę, że part­ne­rzy około 50% kobiet uczest­ni­czą w spotkaniach.

A. Sera­fin i M. Czyż: To bar­dzo dużo!

Talli Rosen­baum: Tak, ale bar­dzo czę­sto jest tak, że zapra­szam part­nera na kilka sesji na początku lecze­nia i na kilka ostat­nich spo­tkań. Nie muszą koniecz­nie być na wszyst­kich sesjach.

Agnieszka Sera­fin: Czy znane są Pani sta­ty­styki doty­czące tego, ile kobiet w Izra­elu uzy­skało dia­gnozę vulvo­dy­nii? Jak Pani myśli, ile kobiet cierpi nie wie­dząc, że jest to vulvodynia?

Nie są mi znane żadne bada­nia popu­la­cji w Izra­elu. Mogę jed­nak powie­dzieć, że nie była­bym zasko­czona, gdyby pro­por­cjo­nal­nie było tu wię­cej cho­rych na vulvo­dy­nię kobiet niż w popu­la­cji ogól­nej. Wydaje się, że u nas sta­nowi to wręcz plagę. Vulvo­dy­nia jest tak powszechna! Oczy­wi­ście ja mam zabu­rzony obraz. Pra­cuję z nie­re­pre­zen­ta­tywną próbą.
Uwa­żam, że Izrael jest też kra­jem, w któ­rym prze­pro­wa­dza­nych jest wiele badań w tej dzie­dzi­nie. Wielu tutej­szych gine­ko­lo­gów dosko­nale zdaje sobie sprawę z tej cho­roby. Jedne z naj­bar­dziej zna­nych nazwisk w obsza­rze chi­rur­gicz­nego lecze­nia vulvo­dy­nii pocho­dzą z Izra­ela. Myślę, że w naszym kraju świa­do­mość wokół vulvo­dy­nii jest nawet wyż­sza niż w nie­któ­rych rejo­nach Sta­nów Zjed­no­czo­nych i uwa­żam, że nasza wie­dza w tym obsza­rze jest cał­kiem zaawansowana.

Agnieszka Sera­fin: Realia w Pol­sce w tej chwili wyglą­dają tak, że vulvo­dy­nia jest bar­dzo rzadko diagnozowana…

Talli Rosen­baum: Nie wiem jaka jest poli­tyka… wiem, że ist­nieją mię­dzy­na­ro­dowe orga­ni­za­cje takie jak Mię­dzy­na­ro­dowe Towa­rzy­stwo Badań Nad Cho­ro­bami Vulvo-​​vaginalnymi (ISSVD), w któ­rych uczest­ni­czą leka­rze i eks­perci z całego świata. Zresztą to wła­śnie ISSVD w poło­wie lat 80-​​tych prak­tycz­nie odkryło ten syn­drom, nadało mu nazwę i nadal pra­cuje nad defi­nio­wa­niem takich dole­gli­wo­ści. Nie jestem pewna dla­czego leka­rze w Pol­sce nie uczest­ni­czą w kon­fe­ren­cjach ISSVD. Gene­ral­nie gine­ko­lo­dzy, któ­rzy spe­cja­li­zują się w cho­ro­bach vulvy (sromu) i uczest­ni­czą w takich kon­fe­ren­cjach powinni być w sta­nie roz­po­znać symp­tomy vulvo­dy­nii i posta­wić dia­gnozę. Myślę, że być może w Pol­sce czę­sto sta­wia się dia­gnozę pochwicy w sytu­acjach, kiedy tak naprawdę cho­dzi o vulvo­dy­nię. Nazy­wane jest to wtedy pochwicą, ale tak naprawdę pod tym kryją się objawy vulvodynii.

Agnieszka Sera­fin: Myślę, że może tak być, ale w takich sytu­acjach kobiety mogą raczej zostać wysłane do psy­chia­try czy psy­cho­loga, a nie do fizjoterapeuty.

Talli Rosen­baum: Zga­dza się. Nie wiem nie­stety, czy w Pol­sce są fizjo­te­ra­peuci wyszko­leni w tym obsza­rze. Nie wiem też, jacy są u was sek­su­olo­dzy. Ale gene­ral­nie jest tak, że sek­su­olo­dzy powinni znać tech­niki beha­wio­ralne sto­so­wane przy lecze­niu pochwicy i mogliby oni rów­nież poma­gać kobie­tom cho­ru­ją­cym na vulvo­dy­nię. Nie cho­dzi o to, że mie­liby leczyć fizyczne objawy, ale mogliby udzie­lać pew­nych porad i wspar­cia odno­śnie reduk­cji lęku, zwięk­sza­nia doznań przy­jem­no­ści i innych rze­czy, które mogłyby pomóc parze w ich życiu sek­su­al­nym. Bo w przy­padku wielu par jest tak, że jeśli pene­tra­cja pod­czas sto­sunku jest nie­moż­liwa to cał­ko­wi­cie rezy­gnują z seksu. Nie są zbyt dobrze wyedu­ko­wani. Nie wiem jak jest z edu­ka­cją sek­su­alną w Pol­sce. Może jest tak, jak w więk­szo­ści kra­jów, gdzie edu­ka­cja sek­su­alna odbywa się poprzez tele­wi­zję i Inter­net i inne źródła, które w isto­cie wcale nie są repre­zen­ta­tywne – nie poka­zują, na czym tak naprawdę seks polega.

Agnieszka Sera­fin: Chcia­łam Panią zapy­tać o jedną rzecz – kobiety, które odwie­dzają nasz ser­wis, vulvo​dy​nia​.pl, zwy­kle podej­rze­wają, że być może cier­pią na vulvo­dy­nię. Jed­nak ponie­waż nie jest to u nas dia­gno­zo­wane, to szanse, że będą pra­co­wały z wyspe­cja­li­zo­wa­nym fizjo­te­ra­peutą są zni­kome. Co by Pani pora­dziła naszym czytelniczkom?

Talli Rosen­baum: Przede wszyst­kim nie powinny się bać doty­kać obszaru geni­ta­liów. Mam na myśli to, że bar­dzo wiele kobiet z tymi dole­gli­wo­ściami żyje w atmos­fe­rze zanie­dba­nia, jeśli cho­dzi o wła­sną pochwę. Sta­rają się niczego nie robić, uni­kają uży­wa­nia tam­po­nów, nigdy nie wkła­dają pal­ców do pochwy ani niczego innego. I czę­sto zda­rza się tak, że spo­ty­kają jakie­goś męż­czy­znę, uma­wiają się z nim i mówią sobie „ok, on mi się naprawdę podoba i może wszystko będzie w porządku”. I tak bar­dzo się roz­cza­ro­wują, kiedy nie jest w porządku. Ponie­waż nie przy­go­to­wały się. Więc chcia­łam powie­dzieć, że dobrze jest doty­kać tych czę­ści ciała. Zale­cam swoim pacjent­kom wiele nasia­dó­wek, olej­ków, ponie­waż doty­ka­jąc geni­ta­liów pal­cem odczula się je na ból. To jest pierw­sza rzecz: nie bać się nawią­zać rela­cję z wła­snymi geni­ta­liami, pró­bo­wać użyć tam­po­nów, spró­bo­wać wło­żyć palec, dwa palce.
Kolejną rze­czą, którą bym zale­ciła są ćwicze­nia mię­śni dna mied­nicy (pelvic floor musc­les), przy któ­rych należy napi­nać i roz­luź­niać mię­śnie w pochwie. Można dzięki temu uzy­skać świa­do­mość i zro­zu­mie­nie, gdzie te mię­śnie się znaj­dują, jak je odprę­żać.
Następna rada jest taka, aby nie upra­wiać seksu, jeśli spra­wia on ból. Kobieta nie pomaga sobie jeśli tole­ruje pene­tra­cję, która spra­wia jej ból. I jeśli się upra­wia seks, który boli to – bar­dzo, bar­dzo wiele kobiet z vulvo­dy­nią mówiło mi o tym – bar­dzo spada popęd płciowy, spada pożą­da­nie. Vulvo­dy­nia bar­dzo łączy się z obni­żo­nym popę­dem. Ale chcę jed­no­cze­śnie pod­kre­ślić, że kiedy jest się w związku – nie­za­leż­nie jak dłu­go­trwa­łym – to pie­lę­gno­wa­nie intym­no­ści sta­nowi ogromną war­tość. To nie­ko­niecz­nie musi ozna­czać sto­sunki płciowe. Albo nie zawsze. Wiele cho­rych kobiet mówi o swo­ich part­ne­rach: „boję się go po pro­stu przy­tu­lić czy poca­ło­wać, żeby nie pomy­ślał, że zapra­szam go do seksu – nie chcę, żeby tak pomy­ślał”. Bar­dzo ważne jest, żeby być w sta­nie komu­ni­ko­wać swoje ocze­ki­wa­nia, żeby potra­fić powie­dzieć: „posłu­chaj, naprawdę chcę z tobą być bli­sko, chcę z tobą leżeć w łóżku, chcę się przy­tu­lać, chcę nawet upra­wiać różne rodzaje seksu, oralny albo za pomocą dłoni, ale nie chcę pene­tra­cji”. Poru­sza­nie tych kwe­stii jako cze­goś, co można nego­cjo­wać, cze­goś, o czym można roz­ma­wiać – to jest bar­dzo ważne. Zarówno myśle­nie o tym, jak i roz­ma­wia­nie. Nie mówię: „nie upra­wiaj­cie nigdy seksu”. Mówię, że pro­blem powi­nien być leczony. I że jest bar­dzo, bar­dzo trudno kiedy nie ma się niczy­jego wspar­cia, kiedy nie ma pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy się spe­cja­li­zują w tych dole­gli­wo­ściach. Wtedy kobieta czuje się bar­dzo samotna, bez opar­cia.
Z dru­giej jed­nak strony chcia­ła­bym powie­dzieć, że w póź­nych latach 70. i 80. vulvo­dy­nia w ten spo­sób została nazwana: w USA zebrała się grupa kobiet, które miały podobne symp­tomy. Zaczęły się one orga­ni­zo­wać – było to zanim roz­wi­nął się Inter­net – więc two­rzyły małe grupy, które zbie­rały się, a z nich powsta­wały spo­łecz­no­ści. To te kobiety stwo­rzyły Naro­dowe Sto­wa­rzy­sze­nie Vulvo­dy­nii (NVA) i roz­po­częły dia­log z leka­rzami. Dzięki temu leka­rze zaczęli poru­szać te kwe­stie na kon­fe­ren­cjach nauko­wych. W podobny, oddolny spo­sób ujrzało świa­tło dzienne i zyskało uwagę świata medycz­nego sze­reg innych dole­gli­wo­ści, mię­dzy innymi fibro­mial­gia czy syn­drom chro­nicz­nego zmę­cze­nia. W jed­no­ści jest wielka siła, w umie­jęt­no­ści zrze­sza­nia się. A teraz, poprzez Inter­net na wycią­gnię­cie ręki jest dostępna nie­wy­obra­żalna ilość infor­ma­cji. Kobiety mogą się zrze­szać, mogą orga­ni­zo­wać fora i zapra­szać gine­ko­lo­gów. Wie­dza na temat vulvo­dy­nii jest dostępna i dzi­siaj każdy gine­ko­log powi­nien już wie­dzieć o tej tak czę­sto wystę­pu­ją­cej cho­ro­bie. Uwa­żam jed­nak, że to dzia­ła­nia pacjen­tek mogą zmo­ty­wo­wać leka­rzy, żeby się wię­cej dowie­dzieli na ten temat.

Agnieszka Sera­fin: Dzię­kuję.
Miko­łaj Czyż: Chciał­bym zadać ostat­nie pyta­nie. Mówi­li­śmy dziś głów­nie o kobie­cych dole­gli­wo­ści, ale wiemy, że męż­czyźni praw­do­po­dob­nie rów­nież czę­sto cier­pią z powodu trud­no­ści sek­su­al­nych. Jak czę­sto przyj­muje Pani w swo­jej prak­tyce mężczyzn?

Talli Rosen­baum: Pra­cuję bar­dzo dużo z męż­czy­znami. Wynika to z tego, że pra­wie nigdy nie zda­rza się, żeby kobieta cier­piała na takie dole­gli­wo­ści, a męż­czy­zna był od nich cał­ko­wi­cie wolny. To zna­czy, że zwy­kle męż­czyźni reagują na to, co dzieje się z kobietą. Mogą też mieć swoje wła­sne, nie­za­leżne pro­blemy. Wśród par bar­dzo powszechna jest taka kon­fi­gu­ra­cja, w któ­rej kobieta cierpi na vulvo­dy­nię, a męż­czy­zna ma pro­blemy na przy­kład z przed­wcze­snym wytry­skiem lub – co gor­sze w tej sytu­acji – z opóź­nio­nym wytry­skiem.
Myślę, że męskie zabu­rze­nia sek­su­alne obec­nie sta­no­wią mniej­sze tabu, niż takie pro­blemy kobiet. Nie wiem jak jest w Pol­sce, ale przy oka­zji Via­gry i innych tego rodzaju lekarstw zagad­nie­nia męskich zabu­rzeń sek­su­al­nych zostały wpro­wa­dzone do spo­łecz­nej świa­do­mo­ści i zyskały uwagę. Chcę jed­nak zazna­czyć, że tematy takie jak męski ból w mied­nicy, ból męskich geni­ta­liów są wciąż bar­dzo nie­znane i sta­no­wią tabu, choć wystę­pują. Nie są tak czę­ste jak u kobiet, ale ist­nieją. Są męż­czyźni, któ­rzy cier­pią z powodu chro­nicz­nego bólu, albo bólu wywo­ła­nego doty­kiem oko­lic moszny albo penisa. Są to dole­gli­wo­ści, które zda­rzają się w mojej prak­tyce rzadko, ale mam wielu kole­gów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, któ­rzy leczą dotknię­tych nimi pacjen­tów. Myślę rów­nież, że wokół tych kwe­stii może być w Izra­elu silny kul­tu­rowy prze­kaz, który może powo­do­wać, że męż­czyźni nie szu­kają pomocy. Być może jest to podobne do sytu­acji kobiet w Pol­sce. Nikt jed­nak nie robił na ten temat badań, więc trudno mieć tu pew­ność. Myślę, że ogól­nie świa­do­mość wokół zagad­nień bólu i chro­nicz­nego bólu w oko­li­cach mied­nicy i męskich geni­ta­liów jest ogra­ni­czona. Jestem pewna, że ist­nieją, ale nie przy­cho­dzi do mnie wielu pacjen­tów cier­pią­cych na tę dole­gli­wość.
Czę­sto nato­miast przyj­muję młode pary, które nie mogą skon­su­mo­wać swo­jej rela­cji i w tych przy­pad­kach zwy­kle nie jest oczy­wi­ste czy jest to kwe­stia wyni­ka­jąca z pochwicy kobiety czy przed­wcze­snego wytry­sku u męż­czy­zny. To się zda­rza czę­sto. W takich przy­pad­kach zwy­kle pra­cuję razem z uro­lo­giem, cza­sami dodat­kowo z innym sek­su­olo­giem.
Nie zawsze i nie z każ­dym można pra­co­wać nad głę­bo­kimi tema­tami, i nie zawsze też trzeba. Mia­łam pacjentki, które leczy­łam na pochwicę i po uda­nej tera­pii oka­zy­wało się, że ich part­ne­rzy mają pro­blemy z erek­cją. Pole­ca­łam cza­sami wtedy Cia­lis czy Via­grę. I uda­wało im się za pierw­szym razem, a póź­niej już nie potrze­bo­wali leków.
Więc świa­do­mość i wie­dza na temat sek­su­al­no­ści męż­czyzn jest w moim zawo­dzie rów­nież bar­dzo potrzebna.

Agnieszka Sera­fin i Miko­łaj Czyż: Bar­dzo dzię­ku­jemy za rozmowę.


 

Talli Yehuda RosenbaumTalli Yehuda Rosen­baum jest fizjo­te­ra­peutką spe­cja­li­zu­jącą się w reha­bi­li­ta­cji dna mied­nicy oraz sek­su­olo­giem, człon­kiem AASECT. Jest absol­wen­tem Fizjo­te­ra­pii Szkoły Medycz­nej Nor­th­we­stern Uni­ver­sity (USA) i mię­dzy­na­ro­do­wym eks­per­tem lecze­nia bólu geni­ta­liów i mied­nicy oraz zabu­rzeń sek­su­al­nych. Należy do Rad Dorad­ców: Fun­da­cji Kobie­cego Zdro­wia Sek­su­al­nego (The Women’s Sexual Health Foun­da­tion), Fun­da­cji Ale­xan­dra dla Kobie­cego Zdro­wia (Ale­xan­der Foun­da­tion for Women’s Health), Mię­dzy­kul­tu­ro­wego Cen­trum dla Ludz­kiej Sek­su­al­no­ści i Życia Rodzin­nego (The Inter­cul­tu­ral Cen­ter for Human Sexu­ality and Family Life), Sek­cji Zdro­wia Kobiet w Izra­el­skim Zrze­sze­niu Fizjo­te­ra­peu­tów (Women’s Health Sec­tion of the Isra­eli Phy­sio­the­rapy Society) oraz repre­zen­tuje dele­ga­cję Izra­ela w Mię­dzy­na­ro­do­wej Orga­ni­za­cji Fizjo­te­ra­peu­tów dla Zdro­wia Kobiet (Inter­na­tio­nal Orga­ni­za­tion of Phy­sio­the­ra­pi­sts in Women’s Health). Obec­nie jest prze­wod­ni­czącą Komi­tetu Cer­ty­fi­ka­cyj­nego AASECT.
Pani Rosen­baum jest mężatką i ma czwórkę dzieci.

zapra­szamy do komen­to­wa­nia i dys­ku­sji na forum
deliciousdigggooglestumbleuponwykop