możesz wesprzeć naszą pracę poprzez wpłatę dowolnej kwoty
vulvodynia.pl
strona główna/mapa strony/słowa kluczowe
Listopad, 2009

Tak, jakby nie istniała…

Pierw­szy arty­kuł o vulvo­dy­nii, w któ­rym opi­sane są realne sytu­acje pol­skich kobiet. Autorką tek­stu jest Anna Kamiń­ska, któ­rej ser­decz­nie dzię­ku­jemy za zgodę na publi­ka­cję tego materiału.

Iza: To jest jak popa­rze­nie, tyle że w przy­padku opa­rze­nia ból ustę­puje po kilku dniach, a tu trwa latami. Jest taka chiń­ska, tor­tura pole­ga­jąca na tym, że ofiarę sadza się pod kapią­cym kra­nem. Kapiąca na głowę woda nie boli, ale po kilku godzi­nach zaczy­nasz wario­wać. Tu jest tak samo.

Joanna: Wyobraź sobie, że w bie­liź­nie masz setki igieł, które wbi­jają w skórę. To tak kłuje. Nie można cza­sem nosić bie­li­zny. To nie są tylko igły w majt­kach. Kie­dyś poja­wił się taki ból jakby mi ktoś wsa­dził nóż w krocze.

Iza: Naj­go­rzej jest wtedy, jak kła­dziesz się do łóżka. Nor­mal­nie, jak jesteś chora, idziesz do łóżka, żeby odpo­cząć. W tym wypadku leże­nie nie przy­nosi ulgi. W łóżku odpa­dają wszyst­kie codzienne bodźce i impulsy – głowa nie jest niczym zajęta i parze­nie „wycho­dzi na wierzch”.

Magda: Boli tak, jak­byś stałą nad roz­pa­lo­nym ogni­skiem. Roz­dziera od środka. Roz­ry­wa­nie jest tak mocne, że czło­wiek nie jest w sta­nie spać, ani cho­dzić. Nie można nawet nosić spodni.

Iza: Nie da się z tym nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Nic się nie liczy. Jest tylko jeden cel w życiu — żeby prze­stało boleć i jest ta straszna świa­do­mość, że nie ma żadnej pigułki, którą możesz wziąć i za chwilę ci minie. Na vulvo­dy­nię się nie cho­ruje, na vulvo­dy­nię się cierpi.

***

OceanVulvo­dy­nia – jak piszą twórcy por­talu vulvo​dy​nia​.pl – to chro­niczna dole­gli­wość kobie­cych geni­ta­liów. Zwy­kle jej skut­kiem jest palący ból, a czę­sto także prze­szy­wa­jący ból, podraż­nie­nie i suchość vulvy (łaciń­ska nazwa sromu).

Por­tal stwo­rzyło dwoje psy­cho­te­ra­peu­tów: Agnieszka Sera­fin i Miko­łaj Czyż.

Dla­czego uży­wa­cie słowa vulva?
Agnieszka Sera­fin: Wiele kobiet powie­działo nam, że nie podoba im się słowo srom i że nie uży­wają go w odnie­sie­niu do wła­snego ciała. Ponadto srom kie­dyś ozna­czał „wstyd”, „hańbę”, „nie­sławę” i ety­mo­lo­gia ta z pew­no­ścią nie przy­czy­nia się do budo­wa­nia pozy­tyw­nej rela­cji z wła­sną kobie­co­ścią i seksualnością.

Co to jest dokład­nie vulvo­dy­nia?
Agnieszka Sera­fin: Mię­dzy­na­ro­dowe Towa­rzy­stwo Badań Nad Cho­ro­bami Vulvo-​​vaginalnymi defi­niuje vulvo­dy­nię jako: „chro­niczny ból czy dys­kom­fort, cha­rak­te­ry­zu­jący się uczu­ciem pale­nia, kłu­cia czy podraż­nie­nia w geni­ta­liach żeńskich w takich przy­pad­kach, kiedy nie wystę­puje żadna infek­cja czy cho­roba skóry vulvy [sromu] czy pochwy powo­du­jąca te objawy. Naj­czę­ściej wystę­puje odczu­cie palą­cego bólu, jed­nak rodzaj i nasi­le­nie obja­wów są bar­dzo zin-​​dywidualizowane.”
Vulvo­dy­nię zwy­kle dzieli się dwa pod­typy: vulvo­dy­nię wła­ściwą (w któ­rej ból wystę­puje samo­ist­nie) oraz vesti­bu­lo­dy­nię (kiedy ból odczu­wany jest w trak­cie lub po dotyku, np. pod­czas bada­nia gine­ko­lo­gicz­nego, seksu, jazdy na rowe­rze itd.).

Co jest pod­ło­żem tego scho­rze­nia?
Miko­łaj Czyż: Przy­czyna vulvo­dy­nii nadal jest nie­znana. Wyniki sze­regu prze­pro­wa­dzo­nych do tej pory badań uka­zują nato­miast, czym vulvo­dy­nia nie jest: cho­robą prze­no­szoną drogą płciową, infek­cją, cho­robą nowo­two­rową. Nie sta­nowi rów­nież pro­blemu psy­chia­trycz­nego. Wśród moż­li­wych przy­czyn powo­du­ją­cych vulvo­dy­nię wska­zuje się uszko­dze­nia ner­wów oraz nad­mierną gęstość zakoń­czeń ner­wo­wych wywo­łu­jącą nad­wraż­li­wość skóry.

Dla­czego zało­ży­li­ście por­tal?
Miko­łaj Czyż: Zało­ży­li­śmy tę stronę dla kobiet, które cier­pią na vulvo­dy­nię, po to by mogły czer­pać z niej infor­ma­cje na temat tej cho­roby, wymie­niać doświad­cze­niami i się nawza­jem wspie­rać. W Pol­sce więk­szość kobiet zma­ga­ją­cych się z tego typu obja­wami żyje w prze­ko­na­niu, że są w tym cał­ko­wi­cie odosob­nione. Jesz­cze rok temu nie było pra­wie żadnych infor­ma­cji o vulvo­dy­nii po pol­sku (arty­kuł był przy­go­to­wany w poło­wie 2009 roku, przyp. red.).
Agnieszka Sera­fin: Z mojego oso­bi­stego doświad­cze­nia cho­ro­wa­nia na tę cho­robę wiem, jakim prze­ło­mem było dla mnie prze­czy­ta­nie na anglo­ję­zycz­nych stro­nach, że te dole­gli­wo­ści mają swoją nazwę i że miliony kobiet na świe­cie tego doświad­cza. Chcia­łam przy­czy­nić się do tego, by w Pol­sce wresz­cie zacząć mówić o tym pro­ble­mie – w spo­sób jed­no­cze­śnie nace­cho­wany sza­cun­kiem, jak i otwarty. Jestem prze­ko­nana, że kiedy kobieta zma­ga­jąca się z takim bólem myśli, że jest w tym sama to czuje się bez­silna, kiedy oka­zuje się, że jest to rów­nież pro­blem bar­dzo wielu innych kobiet to sytu­acja bar­dzo się zmie­nia.
Miko­łaj Czyż: Tak, że bar­dzo ważny jest dla nas – poza wąt­kiem medycz­nym – kon­tekst psy­cho­lo­giczny i spo­łeczny tej cho­roby. To naprawdę jest tabu!

Kto spo­tyka się na forum? Czego kobiety tam szu­kają? Jaka to grupa osób?
Agnieszka Sera­fin: Forum i stronę czyta już teraz wiele tysięcy kobiet mie­sięcz­nie, ale aktyw­nych w dys­ku­sji na forum jest kil­ka­dzie­siąt osób. Są to Polki z całej Europy, w bar­dzo róż­nym wieku, które łączy poszu­ki­wa­nie spo­so­bów radze­nia sobie z vulvo­dy­nią i innymi, podob­nymi cho­ro­bami. Na forum wymie­niają się swo­imi doświad­cze­niami na temat obja­wów, podej­mo­wa­nych prób lecze­nia, leka­rzy itp., ale także tym, jak to jest żyć na co dzień z vulvo­dy­nią. To jest cho­roba, która naprawdę dra­ma­tycz­nie wpływa nie tylko na poczu­cie kobie­co­ści, ale też cało­ściowo na radość życia. To forum to jest miej­sce, w któ­rym można o tym napi­sać – i zwy­kle oka­zuje się, że inne kobiety dobrze to rozu­mieją. Już sama taka świa­do­mość czę­sto jest wyzwa­la­jąca. To daje odwagę, by dalej szu­kać spo­sób lecze­nia i radze­nia sobie z tą cho­robą. I czę­sto oka­zuje się, że kobiety wtedy znaj­dują siłę i deter­mi­na­cję, któ­rych wcze­śniej w sobie nie znały. Uczest­ni­cze­nie w tym i obser­wo­wa­nie tego pro­cesu jest nie­zwy­kłym doświadczeniem.

***

Iza: To jest tak. Nie możesz jeź­dzić na rowe­rze, czy konno. Nie masz ochoty odda­lać się zbyt daleko od domu i wła­snej łazienki. Nie poje­dziesz na waka­cje pod namiot. Nie posie­dzisz za długo na krze­śle. Jazda tram­wa­jem wydaje się wiecz­no­ścią, sie­dze­nie przy stole u cioci na imie­ni­nach tor­turą, pój­ście na basen zbyt­nim ryzy­kiem. Życie prze­staje cie­szyć. Jeśli cię stale inten­syw­nie pie­cze, to po jakimś cza­sie nie jesteś w sta­nie nie tylko nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, ale w ogóle myśleć. Sku­pić się. Być. Źyć.

Magda: Czu­jesz się tro­chę jak inwa­lida. Nie możesz pra­co­wać, pójść do fry­zjera, wyjść do kina, zapla­no­wać waka­cji. Nie raz wra­ca­łam z mężem wcze­śniej z wyjazdy w góry, bo zaczy­nało mnie boleć, robi­łam się roz­draż­niona i było po waka­cjach. Twoje życie wery­fi­kuje ból.

Iza: Pół biedy, kiedy jesteś sama. Kiedy masz rodzinę cierpi też twoje oto­cze­nie. Pamię­tam jak krzy­cza­łam na dzieci, nie chciało mi się niczego pla­no­wać, nic robić, nigdzie jechać. Dom jakoś funk­cjo­no­wał, ale nie byłam w sta­nie być matką w pełni.

Joanna: Na szczę­ście nie pra­cuję. Z tym nie da się cho­dzić nor­mal­nie do pracy. Przy takich obja­wach jak ja mam nie wyobra­żam sobie pro­wa­dze­nia aktyw­nego życia zawodowego.

Iza: Jest w lite­ra­tu­rze taki obraz zim­nej kobiety hetery, jędzy. Wiecz­nie bur­czą­cej, roz­draż­nio­nej, roz­sta­wia­ją­cej wszyst­kich po kątach, nie­za­do­wo­lo­nej, nie­mi­łej, wiecz­nie z wszyst­kiego nie­za­do­wo­lo­nej… Myślę, że ta kobieta po cichu cierpi na vulvodynię.

Ania: Wraz z vulvo­dy­nią zmie­nia się tryb życia. Nie bie­gasz, nie udzie­lasz się aktyw­nie towa­rzy­sko, nie jeź­dzisz na rowe­rze. Spacerujesz.

Iza: Czło­wiek prze­staje być sobą. Jeśli jesteś pod­da­wana nie­ustan­nemu cier­pie­niu to nie­trudno sobie wyobra­zić, że to co ci towa­rzy­szy to złość i wście­kłość. Zado­wo­lone kobiety i ich szczę­śliwe rodziny poja­wia­jące się w rekla­mie kostki roso­ło­wej wydają się być nie z tego świata. W zasa­dzie cały nor­malny świat prze­staje ist­nieć. Jest tylko ten duet — ja i moja vulvodynia.

***

Z por­talu: Vulvo­dy­nia utrud­nia lub wyklu­cza moż­li­wość pracy i udziału w życiu spo­łecz­nym. Bar­dzo czę­sto powo­duje rów­nież ból pod­czas seksu, pro­wa­dzi do pro­ble­mów w związ­kach, a cza­sami do poważ­nych depre­sji. Z badań prze­pro­wa­dzo­nych nie­dawno na Har­war­dzie wynika, że w USA może cho­ro­wać na vulvo­dy­nię nawet 13 mln kobiet. Ame­ry­kań­skie bada­nia z 2003 roku poka­zują, że naj­wię­cej kobiet zaczyna cho­ro­wać na vulvo­dy­nię mię­dzy 1825 rokiem życia, a naj­mniej – po 35. W Pol­sce vulvo­dy­nia nie jest badana, ani dia­gno­zo­wana. Tak jakby nie istniała.

***

Iza: Czy można być kobietą mając vulvo­dy­nię? Nie wiem, może tro­chę można, ale cała intymna sfera kuleje. Nikt ze zła­maną ręka nie będzie grał w tenisa, a z chorą vulvą upra­wiał seksu. Oczy­wi­ście można upra­wiać inne sporty, ale prze­cież to nie to samo. Choć chory czło­wiek nie ma więk­szego wyboru. Czy można odda­wać się przy­jem­no­ści będąc ogar­nię­tym cierpieniem?

Joanna: Mam 42 lata, jestem mężatką od 17 lat. Mąż nie chce na ten temat roz­ma­wiać. Jak zaczy­nam roz­mowę na temat cho­roby, to nie słu­cha, albo zmie­nia temat. Moje życie intymne już nie istnieje.

Iza: Oczy­wi­ście, że cier­pię na brak bez­tro­ski i spon­ta­nicz­no­ści we wza­jem­nych intym­nych kon­tak­tach, ale i tak mam dużo szczę­ścia. Mój mąż jest anio­łem. Na pewno jest mu chwi­lami ciężko żyć z cier­piąca kobietą, ale nigdy nie usły­sza­łam słowa pretensji.

Iwona: Mąż nie wie­rzył, że mnie coś boli. Mówił, że skoro leka­rze nie widzą pro­blemu to pew­nie go nie ma a pro­blem znaj­duje się w mojej gło­wie albo w tym, że on mnie nie pociąga fizycz­nie. Wytrzy­mał nie­całe 4 lata i odszedł. Jeste­śmy po rozwodzie.

Ania: Ból po współ­ży­ciu był tak duży, że na dzień dzi­siej­szy nie ma już cze­goś takiego jak moje życie seksualne.

Magda: Seks prze­stał spra­wiać jaką­kol­wiek przy­jem­ność, z cza­sem zaczął się po nim poja­wiać potworny rozrywająco-​​piekący ból. Masz 35 lat. Chcesz się kochać ze swoim mężem i być dla niego atrak­cyjną kochanką, ale nie możesz, bo wiesz, że po tym jest ból. Straszne. On sam zapro­po­no­wał żeby­śmy zre­zy­gno­wali ze współ­ży­cia na jakiś czas i byśmy zro­bili kom­plek­sowe bada­nia, bo w końcu musi coś pomóc. Sie­bie też prze­ba­dał. Gor­sze było chyba to, że ja byłam cho­dzącą bombą zega­rową i atmos­fera w domu nie była dobra. Mąż jed­nak “wziął to na klatę” i jakoś to przetrwaliśmy.

***

Z por­talu vulvo​dy​nia​.pl: Nie­które kobiety bar­dzo wsty­dzą się swo­jej cho­roby, co czę­sto ozna­cza, że po pew­nym cza­sie zaczy­nają wsty­dzić się sie­bie. Wyjąt­kowo bole­sny dla wielu cho­rych jest fakt, że spe­cja­li­ści czy bli­scy czę­sto kwe­stio­nują ich cierpienie.

Joanna: Moja rodzina potrafi godzi­nami dys­ku­to­wać o swo­ich bólach. Krę­go­słupa, trzustki, wątroby, hemo­ro­idów, głowy i innych, a wystar­czy że ja wspo­mnę o sobie i jest koniec roz­mowy (z forum vulvo​dy​nia​.pl).

Pierw­szą Polką, która zgo­dziła się publicz­nie wypo­wie­dzieć na temat swo­jej cho­roby jest Anna Kasper­ska, boha­terka pro­gramu tele­wi­zyj­nego, pro­wa­dzo­nego przez Anna Dymną, „Spo­tkajmy się”. Anna Kasper­ska dowie­działa się o vulvo­dy­nii za gra­nicą w jed­nym z angiel­skich ośrod­ków zdro­wia, do któ­rego tra­fiła. Tego samego dnia zało­żyła bloga, by uświa­do­mić Polkom co to za cho­roba i jak wygląda leczenie.

Anna Kasper­ska: Wiele kobiet w Pol­sce nie wie co to jest. Jeżeli się nie wie na co jest się cho­rym to się myśli, że ma się naj­gor­sze świń­stwo i jesz­cze się zaraża. Może dla­tego, że nie wie, że to jest cho­roba — boi się o tym mówić. Ja mówi­łam o tym wszyst­kim. Dziś też mówię o tym otwar­cie, bo jestem zła na pol­skich leka­rzy, że nikt tego nie zdia­gno­zo­wał. W pew­nym momen­cie myśla­łam, że ze mną jest coś nie tak, bo latam od jed­nego leka­rza do dru­giego. Wma­wiano mi, że powin­nam jechać na waka­cje, zamiast mnie leczyć. Trzeba o tym mówić.

***

LasZ por­talu: Leka­rze spe­cja­li­zu­jący się w lecze­niu vulvo­dy­nii są obec­nie zgodni co do tego, że nie sta­nowi ona żadnego zabu­rze­nia psy­chicz­nego. Wyniki róż­nych badań wska­zują, iż przed zacho­ro­wa­niem kobiety z vulvo­dy­nią nie róż­niły się sta­ty­stycz­nie od innych kobiet pod wzglę­dem czę­sto­ści wystę­po­wa­nia cho­rób psy­chicz­nych i róż­nego rodzaju trud­no­ści emo­cjo­nal­nych. Warto to pod­kre­ślić, gdyż wiele kobiet przez długi czas przed posta­wie­niem dia­gnozy czę­sto sły­szy, że ich pro­blem tak naprawdę jest „emocjonalny”.

***

Joanna: Zaczę­łam cho­ro­wać jakieś cztery lata temu. Nigdy wcze­śniej nie mia­łam grzy­bicy ani jakiej­kol­wiek innej cho­roby „kobie­cej”. Naj­pierw poja­wiło się swę­dze­nie, a nie­długo potem kłu­cie oko­lic intym­nych. Na początku nie było to aż tak uciąż­liwe i prawdę mówiąc zaczę­łam leczyć się sama dostęp­nymi w aptece środ­kami. Kiedy efekt był mizerny poszłam do mojego gine­ko­loga. Bada­nia wyka­zały, że jestem zdrowa, ale było co raz gorzej. Doszedł ból jakby ktoś mnie sko­pał. Nie mogłam cho­dzić przez tydzień. Ból poja­wiał się i zni­kał po kilku dniach bez żadnych lekarstw. Były wizyty u innych leka­rzy, ale nie dały nic. Byłam z tym u uro­loga, bio­ener­go­te­ra­peuty, neu­ro­loga i pię­ciu gine­ko­lo­gów. Nikt mi nie pomógł. Usły­sza­łam od jed­nego gine­ko­loga, że to moja wina bo nie­po­trzeb­nie: „się nakrę­cam”. Inny powie­dział, że się nie­od­po­wied­nio myję. Jeden z leka­rzy zasu­ge­ro­wał pomoc psy­chia­tryczną. W pew­nym momen­cie prze­sta­łam cho­dzić do leka­rzy, bo i po co?

Iza: U mnie to były dwa rzuty cho­roby. Pierw­szy raz ból trwał nie­prze­rwa­nie przez kilka lat – parze­nie, pie­cze­nie. W dru­gim rzu­cie cho­roby doszło jesz­cze rwa­nie. To wszystko jest bar­dzo draż­niące. Myślę, że ktoś kie­dyś bar­dzo dobrze to okre­ślił: To tak, jakby ktoś wyle­wał kwas na otwartą ranę.

Joanna: To trwało pra­wie cztery lata. Za każ­dym razem, gdy był nawrót cho­roby było tro­chę ina­czej. Pierw­szy raz kłu­cie i swę­dze­nie trwało kilka mie­sięcy, a potem doszedł ból. Wtedy bałam się pod­nieść z łóżka. Potem nastą­pił okres prze­rwy, a po nim znowu kłu­cie, z cza­sem doszedł taki ból, jakby ktoś ciął mnie nożem. Budzi­łam się rano i myśla­łam: Boże jak będzie dzi­siaj? Naj­gor­sze jest to, że ta cho­roba przy­cho­dzi nagle. Nie roz­wija się, tylko ból ata­kuje nie­spo­dzie­wa­nie. Żyjesz w stre­sie, bo nie wiesz kiedy wróci.

Iza: Za pierw­szym razem cho­roba trwała 5 lat. Wró­cił po kilku latach. 3 lata temu. Za pierw­szym razem nie wie­dzia­łam, że to jest vulvo­dy­nia. Nie było jesz­cze inter­netu, dostęp do infor­ma­cji był żaden. Kiedy zaczęło mnie boleć drugi raz przy­pad­kiem o zna­la­złam w biblio­tece książkę Colette Bouchez „Intymna strefa V”, z któ­rej dowie­dzia­łam się, że mam vulvo­dy­nię. Potem zaczę­łam szu­kać infor­ma­cji w inter­ne­cie. Czy­ta­łam głów­nie anglo­ję­zyczne strony, bo po pol­sku nie było pra­wie nic.

Joanna: O tym, że mam vulvo­dy­nię dowie­dzia­łam się z pro­gramu Anny Dym­nej. Mam iden­tyczne objawy jak boha­terka tego pro­gramu. Już nie dam sobie wmó­wić depre­sji, hipo­chon­drii, scho­rzeń krę­go­słupa czy innej suge­ro­wa­nej choroby.

Iza: To ja odkry­łam, że mam vulvo­dy­nię. Nie wpadł na to żaden z leka­rzy, do któ­rych cho­dzi­łam, a odwie­dzi­łam wiele gabi­ne­tów począw­szy od zwy­kłych medy­ków, aż do uty­tu­ło­wa­nych pro­fe­so­rów. W zasa­dzie nie uzy­ska­łam żadnej pomocy. Naj­czę­ściej pro­wa­dzili stan­dar­dową dia­gnozę obej­mu­jącą wyklu­cze­nie typo­wych cho­rób kobie­cych jak grzy­bice, bak­te­ryjne zaka­że­nia itd. Mimo pozy­tyw­nych wyni­ków badań sta­rali się podej­mo­wać lecze­nie środ­kami przeciwgrzybicznymi/​przeciwbakteryjnymi itp. Wizyta pole­gała na zada­wa­niu tych samych ste­reo­ty­po­wych pytań, robie­niu tych samych posie­wów i ordy­no­wa­niu tych samych leków. W zasa­dzie po kilku wizy­tach u każ­dego gine­ko­loga sama rezygnowałam.

Iza: Nigdy nie myśla­łam, że może mnie dotknąć cho­roba, któ­rej nie będą znać. Mamy 21 wiek, kom­pu­tery, inter­net, leka­rze jeż­dżą na różne sym­po­zja. Co oni tam robią? Aktu­alny gine­ko­log, dobry spe­cja­li­sta do któ­rego z cza­sem tra­fi­łam, nie wypo­wie­dział słowa vulvo­dy­nia, ale orzekł, że mam podraż­nione koń­cówki ner­wów, tak więc co do nomen­kla­tury nie jeste­śmy zgodni, ale przy­naj­mniej do dia­gnozy– tak.

***

Z por­talu vuvlvo​dy​nia​.pl: Duża grupa cho­rych cierpi przez wiele lat bez poję­cia, na co wła­ści­wie cho­rują. Bada­nia prze­pro­wa­dzone przez dr B. Har­lowa z Harvardu poka­zują, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych – kraju, w któ­rym wyjąt­kowo roz­wi­nięta jest opieka nad pacjent­kami cier­pią­cymi na vulvo­dy­nię – 40% spo­śród tych kobiet pozo­staje bez wła­ści­wej dia­gnozy po wizy­cie u trzech róż­nych spe­cja­li­stów. Wiele z nich sły­szy przy tym, że jest np. „uczu­ciowo nie­sta­bil­nych” albo że powinny „napić się kie­li­szek wina przed sek­sem i po pro­stu spró­bo­wać odprę­żyć”. Spe­cja­li­ści pod­kre­ślają dla­tego, że tak ogromne zna­cze­nie ma samo posta­no­wie­nie dia­gnozy – wiele kobiet czuje wtedy ogromną ulgę, że naresz­cie ktoś im wie­rzy i nie baga­te­li­zuje ich pro­blemu i cierpienia.

Jak się leczy vulvo­dy­nię?
Dotych­czas bra­kuje jed­nej, sku­tecz­nej metody lecze­nia vulvo­dy­nii. Sto­suje się różne próby lecze­nia, w tym far­ma­ko­lo­giczne, fizjo­te­ra­peu­tyczne i – nie­kiedy – chirurgiczne.

Anna Kasper­ska: Zale­czy­łam vulvo­dy­nię w Anglii. W kli­nice w Lon­dy­nie, gdy zosta­łam prze­ba­dana, usły­sza­łam: To jest vulvo­dy­nia, zaczy­namy lecze­nie. Tu ma pani die­te­tyka, fizjo­te­ra­peutę, psy­cho­loga. To są lekar­stwa. Dosta­łam leki i po tygo­dniu ból znik­nął.
Dużym wspar­ciem dla cho­ru­ją­cych kobiet może być współ­praca z psy­cho­lo­giem, sek­su­olo­giem czy psy­cho­te­ra­peutą. Jako że przy­czyny vulvo­dy­nii nadal nie są znane, to obec­nie nie ist­nieje jedno cał­ko­wi­cie sku­teczne lekar­stwo na tę cho­robę. Kobie­tom ofe­ro­wane są różne rodzaje lecze­nia w nadziei, że spo­wo­dują one ustą­pie­nie obja­wów lub cho­ciaż ich zła­go­dze­nie. Spe­cja­li­ści pod­kre­ślają, że przy lecze­niu vulvo­dy­nii bar­dzo ważna jest cier­pli­wość, gdyż odkry­cie, co pomaga danej kobie­cie — bar­dzo czę­sto wymaga dużo czasu.

***

Anna Kasper­ska: Dziś czuję się dobrze. To cza­sem przy­cho­dzi i odcho­dzi tak sobie. Wiem, że to do mnie może znów przyjść, ale jestem gotowa. Wiem, jak to się leczy.

Joanna: Dziś nie jest naj­go­rzej. Ostatni atak cho­roby mia­łam kilka mie­sięcy temu. Ból trwał tylko kilka dni. Cza­sami poja­wiają się dole­gli­wo­ści, ale o nie­wiel­kim nasi­le­niu. Gdyby tylko tak chciało być, to była­bym bar­dzo zado­wo­lona. Nie wia­domo jed­nak co będzie dalej. Boję się, że ból wróci.

Magda:2008 roku zna­la­złam dobrego gine­ko­loga. Prze­szu­ka­łam setki stron w Inter­ne­cie i powie­dzia­łam mu o vulvo­dy­nii. Poszłam do gine­ko­loga ze spi­sem leków, które brały dziew­czyny z forum. Prze­pi­sał mi lek, który zła­go­dził objawy. Sto­suję też odpo­wied­nią dietę (zero kon­ser­wan­tów, dużo piję itd.) Do nor­mal­nego stanu zdro­wia jesz­cze u mnie daleko, ale jest lepiej.

Ania: Przy­zwy­cza­iłam się już do bólu. Jest on też o wiele mniej­szy, niż wcze­śniej, bo nauczy­łam się sobie z nim radzić — czyli zmniej­szać go. Nie jeż­dżę na rowe­rze, nie noszę obci­słej bie­li­zny, uży­wam odpo­wied­nich kosme­ty­ków do higieny intymnej.

Joanna: Naj­gor­szy moment mam za sobą. Wtedy, kiedy nie mia­łam wspar­cia. W leka­rzach, któ­rzy o tej cho­ro­bie nie sły­szeli albo w rodzi­nie, która nie chciała wie­rzyć w objawy, które opi­suję. Dziś jest już lepiej, bo skon­tak­to­wa­łam się z innymi kobie­tami, które prze­ży­wają to samo. Wie­dza, że taka cho­roba ist­nieje wiele zmieniła.

deliciousdigggooglestumbleuponwykop