Choć do końca nie wiem czy mam vulvodynie, to z chęcią podziele się moimi przemyśleniami i pouzalam się na los…
Na początku myślałam sobie- przejdzie, wezmę globulki nie będzie piekło i szczypalo…
Po kilkunastu kuracjach byłam bliska załamania
Szukałam wszędzie pomocy
Potem była bezsilność
Czasem łzy do utraty tchu
Złość, żal, mnóstwo pytań????
Zastanawiałem się czym tak zgniewalam Boga???
Potem przestałam w niego wierzyć
Sex … To co kiedyś sprawiało przyjemność … Dziś już nie istnieje
Czuje się jak kaleka, jak osoba niepełnosprawna
Mój mąż to anioł – nie mamy dzieci, tak mocno wierzyłam ze się kiedyś pojawia
Kocham go mocno, ale czuje jak się coś kruszy, ucieka mi przez palce
Przeszłam wiele, ale to co mnie teraz spotkało jest niewątpliwie najgorszym ciosem o życia
Nie mam siły żyć, nie mam odwagi umrzeć, wiec wegetuje
Dzisiaj mąż mnie przytuli, zapytał jak minął dzień, a ja zalana łzami stoczylam się na zimna podłogę
Piecze mnie cały czas
Nie mam nawet sił odpowiadać na proste pytania…
Oby jutro było lepiej
i odpowiadajac na pytanie z pierwszego postu- tak, bylam zupelnie inna i wiem, ze bylabym znowu soba- fajna, zwyczajna kobieta gdyby nie to cos