Witam serdecznie Drogie Forumowiczki,
jestem tutaj nowa, mam 29 lat. Chociaż wielokrotnie zaglądałam już na forum, by zasięgnąć informacji, wreszcie zmobilizowałam się, by opisać swoje zmagania. Z góry przepraszam za chaotyczny opis, niestety taka już jestem:)
Mój problem zaczął się jakieś 11 lat temu, w czasie mojego pierwszego razu. Ból podczas mojego pierwszego stosunku był tak ogromny, że musieliśmy probować wiele razy, by w ogóle być w stanie przerwać błonę dziewiczą. Niestety, ból przy następnych stosunkach także mi towarzyszył. Współżycie zawsze wiązało się z dramatem, ale na co dzień zwykle nie odczuwałam bólu. Odwiedziłam wielu niedouczonych lekarzy, którzy bagatelizowali mój problem i chcieli mi wmówić, że problem siedzi w mojej głowie (niestety, wiele z nas to przeszło…). Przeszłam też przez kilka różnych leków na infekcje, które pewnie przyczyniły się do pogłębiania się choroby. Od kilku lat współżycie jest praktycznie niemożliwe…
Dzięki artykułowi o wulwodyni, który ukazał się w Twoim Stylu parę lat temu, zdiagnozowałam się sama. Wizyta u Pani doktor w Lublinie (Terpa) potwierdziła diagnozę – westibulodynia. Zaczęłam terapię amitryptyliną oraz ćwiczenia z aparatem do elektrostymulacji Atena. Po amitryptylinie czułam chwilową poprawę, ale generalnie czułam się po niej fatalnie. Atena trochę pomaga (pomogła mi trochę ogarnąć moje mięśnie i zlikwidowała pojawiające się lekkie nietrzymanie moczu, które wynikało pewnie z zupełnego braku kontroli nad mięśniami). Niestety, ze względu na odległość od mojego domu do Lublina, nie mogłam uczestniczyć w jakiejś lepszej fizjoterapii mięśni.
Odwiedziłam też dr Leonowicza, który przepisał mi gabapentynę w tabletkach i maści, oraz estradiol, brałam też Vit.D. Generalnie była lekka poprawa, chociaż myślę, że gabapentyna niewiele mi dała, poza tym że maść strasznie wysuszała mi śluzówkę i spowodowała mega problemy z nawilżeniem podczas pieszczot. Mam też wrażenie, jakbym w czasie kuracji tym lekiem miała tak jakby zablokowaną możliwość osiągnięcia orgazmu podczas pieszczot (normalny stosunek waginalni oczywiście możliwy nie był). Ciekawe, czy u kogoś gabapentyna (lub też steryd również obecny w maści) spowodował podobne dolegliwości. W moim przypadku ustąpiły po jakiś 2 miesiącach po odstawieniu leku.
Zniechęcona żółwim tempem postępów w leczeniu (oczywiście nie oskarżam żadnego lekarza, który się mną serio zajmował, o zaniedbanie, bo każdy przypadek jest inny), udałam się do Szpitala Uniwersyteckiego do Hradec Kralove (mam taką możliwość bo pracuję i jestem ubezpieczona w Czechach, ale mogę dać namiary). Tam zaproponowano mi westibulektomię, którą przeszłam w czerwcu tego roku. Generalnie jestem zadowolona, że poddałam się temu zabiegowi, chociaż trochę mi trwało dojście do siebie. Jeśli ktoś jest zainteresowany tym zabiegiem, to mogę napisać więcej o samym przebiegu i rekonwalescencji. Zabieg nie spowodował cudu (nadal mnie boli i nie mogę współżyć), ale ból jest już bardziej zlokalizowany, a nie obejmujący praktycznie całego wejścia do pochwy. Lekarze twierdzą, że może się tym miejscu znajdować podskórny mały płaski kondylom (nie wiem czy kłykcina to odpowiednie tłumaczenie), czyli wirus HPV. Zrobiłam sobie test na HPV z szyjki macicy, który nic nie wykazał, ale lekarz powiedział, że jeśli wirus jest z pochwie czy na wargach sromowych, wcale nie musi być go w szyjce. Przepisał mi maść, którą mam używać wstępnie przez 4 tygodnie. Jeśli będzie coś nie tak, albo nie pomoże, zrobią biopsję tego miejsca. Jak będę już po kuracji to opiszę efekty, trochę się boję, bo ta maść może dzialać drażniąco.
Po leczeniu na wirusa chcę też rozpocząć wreszcie porządną rehabilitację mięśni (chociaż ze względu na odległość do najbliższego fizjoterapeuty będzie to logistyczne wyzwanie). Jeśli ktoś ma doświadczenie z używaniem dilatatów lub innych metod fizjoterapii to będę wdzięczna za odpowiedź.
Jestem też zapisana na ablację RF, którą mam mieć za jakieś 3 miesiące, jeśli leczenie przed tym nie odniesie skutku. Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś miał jakieś informacje o tym zabiegu, bo w całym stresie podczas wizyty chyba nie za bardzo zrozumiałam jak to przebiega.
Pomimo długoletnich zmagań z chorobą, wzlotów i upadków, staram się być dobrej myśli. Olbrzymią zasługę ma w tym mój mąż, który naprawdę mocno mnie wspiera, chociaż dla niego ta choroba to też dramat. Pozwolę sobie tutaj na pewną radę: pamiętajcie, drogie Panie, że ta choroba dotyczy obu osób w związku, mężczyzna też bardzo cierpi i trzeba się wspierać nawzajem. Polecam też, na ile to możliwie, by prowadzić życie intymne, nawet jeśli nie możecie normalnie się kochać. To jest mega potrzebne, by totalnie nie zwariować i utrzymać bliskość z kochaną osobą. Wiem, że łatwo o tym zapomnieć, jeśli się cierpi.
Gdyby ktokolwiek miał jakieś pytania, zwłaszcza dotyczące zabiegów w Czechach, proszę pisać.
Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego!